Projektant PLICH

Atelier przy ul. Mokotowskiej 52 w Warszawie. Atelier projektanta Plicha. Charakterystyczna szklana witryna i eleganckie kreacje na manekinach. A w środku – Ona. W t-shircie, długiej spódnicy i trampkach. Roześmiana i pogodna. Wchodzi do przymierzalni i przymierza upodobane sukienki.

To Anna Cieślak – aktorka znana m.in. z takich produkcji jak: „Śluby Panieńskie”, „Dlaczego nie”, czy „Masz na imię Justine”. Aktorka już dawno zwróciła uwagę na kreacje polskiego projektanta tworzącego pod pseudonimem – PLICH. Anna często odwiedza jego atelier. Niekiedy, gdy na prędko potrzebuje sukienki, a niekiedy nawet od tak, przychodzi na dobrą kawę i krótką rozmowę. Widać, że rozumieją się w stu procentach.

Anna Cieślak darzy PLICHa szczególny zaufaniem. Docenia jego indywidualne podejście:

– PLICH dobierając sukienki, liczy się z moim temperamentem, osobowością. Nigdy nie próbuje zrobić ze mnie modelki, na której reklamuje projekt. Tak dobiera krój, czy materiał żebym czuła się wygodnie. Niczym dobry kostiumograf teatralny, który tak musi dopracować kostium, aby aktor czuł się w nim swobodnie.

Anna Cieślak na co dzień lubi nosić luźne ubrania, jednak coraz częściej za radą innych osób dobiera bardziej eleganckie kreacje.

– Kilka osób z mojego otoczenia, zarówno PLICH, jak i moja przyjaciółka Małgorzata Socha – którą uważam za ikonę mody – uczą mnie i powtarzają, że to fajnie, że zakładam takie sportowe ubrania, ale od czasu do czasu, ze względu na oficjalne uroczystości i szacunek do ludzi należy ubierać się elegancko.

O tej owocnej współpracy, podejściu do szycia i o nowym atelier w samym centrum stolicy – opowiedział już sam projektant.

Wywiad

 

Jesteśmy w Twoim nowym atelier przy ul. Mokotowskiej. Trudno było znaleźć wolny lokal w centrum stolicy?

Nie trwało to aż tak długo – był to raczej łut szczęścia. Przeprowadzając się z Krakowa do Warszawy, zastanawiałem się jak będzie w stolicy, ale szybko przekonałem się, że to tutaj mam więcej klientów i znajomych. Niektórzy z racji tego, że mieszkałem w Krakowie aż 12 lat, uważają mnie za krakusa, ale równie dobrze mogliby mnie nazwać warszawiakiem, bo z Warszawą również łączy mnie wiele spraw.

W tym projektowanie dla tutejszych gwiazd?

Bardzo emocjonalnie traktuję współpracę z każdą gwiazdą. Nigdy nie patrzę pod względem opłacalności – czy wizerunkowo będzie mi się coś opłacało, czy nie. Bardziej patrzę na to, czy dana osoba odpowiada mi wrażliwością. Czy jak się spotykamy – jest ta chemia, czy jej nie ma. I po pewnym czasie to jest naturalne, że się zaprzyjaźniamy.

Tak jak z Anią Cieślak?

Tak. Anię poznałem przy okazji projektu kalendarza, do którego zdjęcia wykonywane były przez Piotra Stokłosę w Ambasadzie RP w Paryżu. Głównym celem całego projektu była promocja polskich artystów we Francji. Kalendarz powstał z inicjatywy współpracy polskich projektantów i Tomasza Orłowskiego – ambasadora RP w Paryżu. Modelkami były m.in. Ania Cieślak i Ula Grabowska. Muszę przyznać, że dziewczyny pięknie wyszły na tych zdjęciach. W ich spojrzeniach, w sposobie pozowania, gestach było to coś, co sprawiło, że się nimi zachwyciłem.

Czy gwiazdy zawsze wiedzą, czego chcą?

Ze swoich doświadczeń wiem, że im dana artystka ma większą wizję kreacji i wypracowany pomysł na siebie – tym lepie, bo to oznacza, że ma jakiś styl, z którym szczególnie się utożsamia. Pamiętam, jak współpracowałem z Renatą Przemyk i opowiadałem jej, co bym zmienił, pokazując przykłady – kim ona jest dla mnie w odniesieniu do różnych ikon w historii. Wówczas podczas takich spotkań powstaje dyskusja. Jak jej nie ma, jestem zaniepokojony.

Dlaczego?

Wtedy uważam, że coś jest nie tak. Albo osoba, z którą nawiązuję kontakt nie jest świadoma siebie albo nie wie, czego oczekiwać. Wtedy trzeba jej pomóc, podpowiedzieć. Ale nie chcę być osobą, która bije rekordy ma maksymalną ilość ubieranych gwiazd, bo to nie o to chodzi. Ważna jest jakość i satysfakcja, każdej klientki, nie tylko tej znanej.

Wspomniałeś, że odnosisz się do różnych ikon z historii.

Tak, ponieważ często przy projektowaniu kolekcji inspiruję się osobami z przeszłości. Zawsze staram się pokazać wrażliwość z innej epoki, której już nie ma, minęła i pewnie nie wróci. Staram się pielęgnować te wartości, które pamiętam albo ze starych filmów albo z opowiadań. Spoglądam na charakterystyczne eleganckie kreacje, wyrazy twarzy danych osób, ale także na to, co miały do powiedzenia.

Mówiąc o ikonach mody, nie sposób nie wspomnieć o Marilyn Monroe. Jej stroje w filmie – Mężczyźni wolą blondynki – były szykowne, a przy tym bardzo kobiece.

Czyli była zachowana równowaga. Kobieta nie powinna odsłaniać wszystkich swoich atrybutów – bo to byłby efekt totalnej prostytucji. Przytoczę fajny przykład. Ostatnio na urodziny dostałem od przyjaciółki album ze znanymi ikonami mody. W swoim gabinecie mam otwartą stronę z cytatem Audery Hepburn. Chodzi w nim o to, że Audrey nie potrzebowała sypialni, żeby udowodnić swoją kobiecość. Mogła być równie atrakcyjna zupełnie ubrania, zrywając jabłka albo stojąc w deszczu. I właśnie o takim przesłaniu kobiety często zapominają.

A my nie żyjemy w fajnej epoce?

Dzisiaj żyjemy w wulgarnych czasach. I to jest smutne, że ludzie zapominają o tych wartościach, które kiedyś były oczywiste. Ale to nie jest tak, że całkowicie chciałbym się „przenieść do innych czasów”. Uważam, że obecna epoka jest równie bogata i przełomowa. Dzisiaj łatwo być człowiekiem orkiestrą, zwłaszcza gdy ma się pomysł na siebie i odpowiednie predyspozycje. Żyjemy w komfortowych warunkach i zawrotnym tempie. Przez to cały czas czuję momenty podsumowań swojego życia. Okazuje się, że moje życie wygląda jak książka z nowymi, kolejnymi rozdziałami.

Jakbyś zatytułował ten rozdział życia w którym jesteś?

(Uśmiech). To nie jest takie proste. Ale zapisałem już kilka kartek z mojego życia. Mam nawet tytuł na biografię. Pomimo to, że mam 32 lata i od pierwszego pokazu minęło już kilkanaście lat, to i tak wspominam początki. Pamiętam także dzieciństwo i lata 80. W Zakopanem, jak wysiadałem pierwszy raz z pociągu, zapytałem mamę dlaczego tu jest koniec świata, bo skończyły się tory. I wtedy mama zaczęła tłumaczyć mi geografię. Pasjonuje mnie życie podróżnika. To było naturalne, że wyruszyłem do Krakowa, a potem do Warszawy. I czuję, że nadchodzi kolejny etap.

Zaczynałeś bardzo wcześnie. Już w wieku 16 lat zorganizowałeś swój pierwszy pokaz. Zastanawiam się na ile projektant musi być także przedsiębiorczy? Czy uważasz siebie za taką osobę – przedsiębiorczą?

Przede wszystkim uważam siebie za osobę, która jak już postawi sobie jakiś cel to musi go osiągnąć. Oczywiście nieraz sparzyłem się po drodze, ale zawsze wyciągałem wnioski na przyszłość. Jako projektant muszę brać także pod uwagę wiele kwestii. Wykonuję wiele innych czynności, zajmuję się także sprawami papierkowymi. Projektowanie w odniesieniu do tych innych spraw mogę określić, że jest pracą dorywczą.

Czyli wszystko jest na Twojej głowie…

Oczywiście nad każdym projektem pracuje kilka osób. Ale ja sam, nie odsuwam się od innych obowiązków. Chcę brać udział w jak największej ilości różnych spraw. Nawet jak popełnię jakiś błąd, to wolę go sam popełnić teraz, niż przy jakiś większych projektach. To jest dla mnie taka szkoła życia. Szyję od bardzo dawna, ale wciąż chcę się rozwijać i uczyć nowych rzeczy. Teraz projektuje także akcesoria.

No właśnie nawet na spotkanie przyszedłeś z torbą, notesem, portfelem, saszetką na klucze – wszystko własnego projektu. Jesteś aż takim indywidualistą?

To co noszę jest moją wizytówką, z którą totalnie się utożsamiam. Byłbym nieuczciwy wobec siebie gdybym nosił akcesoria innych marek, bo to znaczyłoby, że rzeczy które projektuję nie podobają mi się, albo są bublem. Dla mnie nie ma pojęcia „szewc bez butów chodzi”. To, co projektuję, testuję od razu na sobie. Zdarzało się, że klienci zamawiali koszule albo jeansy, które na mnie zobaczyli. Poza tym, w ten sposób jestem wiarygodny. To tak samo, jakby pójść do prawnika i dowiedzieć się, że on korzysta z usług innego prawnika. A to absurd. Dlatego dzisiaj też przyszedłem w ubraniu swojego projektu.

Ale tak od A do Z?

Oprócz butów. Ale już się nad tym zastanawiam. Mam wiele pomysłów na męskie buty. To jest duże wyzwanie, ale jeszcze muszę trochę poczekać. Generalnie od zawsze fascynowali mnie tacy projektanci, którzy byli otwarci i potrafili projektować różne części garderoby. Ja lubię eksperymentować, nie boję się nowych wyzwań.

Nie boisz się krytyki…

Pamiętam, jak w 2008 roku pewien znany stylista skrytykował mnie za to że, występuję w swojej kampanii zdjęciowej z modelkami. Totalnie mnie to rozbawiło. Powiedziałem, żeby wyluzował, bo to jest świat mody i wszystkie chwyty są dozwolone. Oczywiście pod warunkiem, że to co wykonujemy i reklamujemy jest dobrej jakości. Moja Pani profesor od malarstwa wpoiła mi jedną fajną rzecz. Pokazała mi, jak obserwować i jak poczuć, że coś jest dobre, piękne.

Jak?

(Śmiech). Może kiedyś to ujawnię.

Jeżeli projektujesz dla siebie notes, czy portfel to w jednym egzemplarzu? Czy od razu kilka sztuk naraz także dla innych?

Nie. Z reguły to są jazdy próbne, czyli najpierw testuje te rzeczy na sobie. Teraz projektuję także akcesoria dla psów, które oczywiście sprawdzam na swoim psie.

Skąd taki pomysł projektowania dla zwierząt?

To co jest dostępne w Polsce dla zwierząt jest strasznie niskiej jakości. A designersko – to żenada. Tak naprawdę wszystko zaczęło się od mojego psa – charta afgańskiego, który ma bardzo długą szyję. Trudno było mi znaleźć odpowiednią smycz i obrożę. Ten projekt okazał się być dobrym pomysłem. Żaden inny projektant w Polsce nie podjął się takiego zadania.

A teraz pracujesz nad nową kolekcją ubrań. Możesz coś zdradzić na ten temat?

Jestem zwolennikiem teorii, że o ubraniach nie powinno się opowiadać. Każdy z nas inaczej widzi kolory, detale, mamy inne wyobrażenie na temat proporcji. Jak przyjdzie czas, to wszyscy zobaczymy nową kolekcję. Ale zawsze bardzo często opowiadam o swoich inspiracjach. Np. tworząc poprzednią kolekcję inspirowałem się Elizabeth Taylor z filmu „Kleopatra” i Piną Baush.

Pokaz tej kolekcji odbył się na 43 piętrze niewykończonego budynku przy ul. Złotej?

Tak. Każda modelka i każdy gość musiał mieć kask. Taki był wymóg. Musieliśmy dostosować się do przepisów bezpieczeństwa. Stwierdziłem, że w takim razie zamawiamy nowe kaski i malujemy je na złoto. Jeszcze przed zorganizowaniem pokazu, obejrzałem film „Pina”. Zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Utkwiła mi w pamięci scena, gdzie para tańczy w niewykończonym pomieszczeniu – o betonowych ścianach. Było tam tyle emocji, uczuć i niesamowitych symboli.

A propo symboli…, Ty też w pewnym stopniu projektujesz pod symbolem, a raczej pod pseudonimem – PLICH. Możesz zdradzić swoje imię i nazwisko?

Moje nazwisko nie jest tajemnicą. Tylko po co zdradzać coś, co nie funkcjonuje. Mam ładne imię, ale już od dawna każdy woła na mnie PLICH. W dzieciństwie miałem wiele przezwisk. Wołali na mnie: Pliszka, Pliniu, Plichu. Kiedy byłem w pierwszej klasie, jedna z moich koleżanek, przekazała mi ciekawe słowa swojej mamy – im więcej ktoś ma przezwisk, tym jest fajniejszy i ma ciekawszą osobowość.

Ogólnie wydajesz się bardzo tajemniczą osobą?

Nie. Raczej wydaje mi się, że dużo gadam. Czyli nawet nie mówię, tylko gadam…(śmiech). Jestem wylewny. Dużo rozmawiam z klientkami. Zależy mi na tym, aby sprawiać ludziom radość. To nie jest tylko projektowanie, to jest także pewnego rodzaju psychologia i analiza. Kiedyś poszedłem do prawnika i zapytał jaka jest moja historia choroby. Bardzo spodobało mi się to sformułowanie. Bo, choroba to nie tylko wirusy – pracując z wieloma osobami, przekonałem się, że większość chorób tkwi w głowach. Często klientki przychodzą z jakimś problemem, kompleksem. Wtedy analizuję jaką dana osoba ma osobowość, sposób bycia i staram się jej pomóc. Każdy ma jakieś cechy wrodzone. Ja np. wolno mówię i ktoś może mnie analizować i doszukiwać się różnych powodów.

Osoby zwracają uwagę na to jak mówisz?

Czasami zwracają uwagę na mój sposób intonacji. Być może zostało mi to po szkole wokalnej.

Ale ostatnio portale plotkarskie zwróciły uwagę na coś innego. Mam na myśli zdjęcie Dawida Wolińskiego – z jego rzekomą żoną, która miała na sobie sukienkę Twojego projektu.

(uśmiech) Kreacja faktycznie była mojego projektu. Znam też dziewczynę ze zdjęcia. Świadkiem na ich rzekomym ślubie nie byłem, ale kto wie, może i wzięli ślub. Jeżeli Dawid zrobił to dla zabawy i dla żartu, to myślę, że poniósł jakąś lekcję.

Myślisz, że był świadomy, że ta Pani była w kreacji twojego projektu?

Wiesz, jak ja idę z jakąś znajomą, czy przyjaciółką na imprezę, i ona jest w jakiejś sukience, to oczywiście, że jestem ciekawy gdzie ją kupiła, albo kto ją zaprojektował. Ja bym zapytał, ale nie możemy mierzyć ludzi swoją miarką. Może on nie pyta. A jeżeli to jest jego żona, to może nie przywiązuje wagi do tego w czym idzie do ślubu – jak już tak żartujemy (uśmiech). Aczkolwiek uśmiałem się, jak to zobaczyłem. To zabawna sytuacja. Ale konkurencji zawsze dobrze życzę. Jeżeli wzięli ślub to życzę im dużo szczęścia. Może na chrzciny też im coś uszyję… (uśmiech).

A znasz Dawida Wolińskiego?

Mijamy się czasem, mówiąc sobie dzień dobry lub cześć na imprezach modowych. W tym środowisku z jednej strony zna się dużo osób, ale tak naprawdę trudno kogoś dobrze poznać. Ja mam taki problem, że nie mam pamięci do imion i nazwisk. Spotykam bardzo wiele osób. Czasami są bardzo zabawne sytuacje, bo nie wiem, czy mam powiedzieć: cześć, dzień dobry, czy po prostu się uśmiechnąć. Wiem, że ludzie często cenią sobie swoją prywatność i nie przechodzą od razu na ty. Ale ja jestem pozytywnie nastawiony do świata i nie mam takich barier, więc jeśli ktoś się do mnie uśmiecha, odwzajemniam tym samym.

Zdjęcia: Anna Kamińska

Dodaj komentarz