Anna Kerth – wywiad o życiowych zmianach. Z zawodu aktorka, lektorka, coach oraz autorka metody Warm Up. Prywatnie – kreatywna mama dwóch chłopców. Artystyczna dusza w każdym aspekcie. Uwielbia pracować głosem – nagrywa audiobooki i voice-overy do reklam. Przyglądając się książkom, które otrzymuje do czytania, można dostrzec, że staje się głosem kobiet oraz ich mocnych i poruszających historii. Dlaczego to właśnie Annie są powierzane? W życiu nie ma przypadków.
WYWIAD
Jakiej największej zmiany doświadczyłaś w ostatnich latach?
Ostatnia dekada mojego życia to same ogromne zmiany. Ślub, narodziny dzieci, jakieś przeprowadzki, pandemia – adaptowanie się do nowej rzeczywistości. Jeśli jednak pytasz o tę największą odczuwalną zmianę, która najbardziej zmieniła mnie, to ta, która była przejściem od bycia mamą jednego dziecka do bycia mamą dwójki.
Co wtedy się zmieniło?
Wszystko. Ja. Ale też jednocześnie zmieniał się świat.
To znaczy? Jak ty sama się zmieniłaś?
Na pewno ogromne znaczenie miał fakt, że przeżyłam VBAC, czyli poród naturalny po pierwszym porodzie przez cesarskie cięcie. To jak bardzo to było dla mnie ważne, wiem chyba tylko ja. To był proces, który jednocześnie dokonywał się we mnie, w mojej psychice. Gdy zostałam mamą po raz drugi, stałam się nią z podwójną siłą. Ale jednocześnie było też dwa razy, a może i cztery razy trudniej. Bardzo świadomie nie zdecydowałam się po drugim porodzie na żadną pomoc z zewnątrz, a do pracy wróciłam praktycznie zaraz po wyjściu ze szpitala. Z Gdańska przyjeżdżała moja Mama, by w newralgicznych momentach mi pomóc. To była istna żonglerka zadaniami. Na pewno nie obeszło się bezkosztowo u każdego członka rodziny. Pół roku później wybuchła pandemia. Jak zawsze były plusy i minusy tej sytuacji. Ale żeby oddać obraz z czym się mierzyłam należy sobie wyobrazić kogoś, kto ma dwoje małych dzieci, więc noce są jakie są. Dodatkowo bywałam u lekarzy średnio 3 razy na tydzień, bo niestety to, co u kogoś kończyło się w 3 dni, u nas trwało przynajmniej trzy tygodnie, przypominam, mieliśmy pandemię – to jaką dziecko miało saturację wiedziałam już po rytmie oddechu; mąż filmowiec, jak to filmowiec minimum 12h poza domem, nie rzadko dłużej, pracowaliśmy na zakładkę, jak on wracał – ja jechałam do pracy, albo siadałam w studio, gdy dzieci zasnęły.
Czyli wtedy jednocześnie sama pracowałaś?
Tak, studio zbudował mi mąż. Pamiętam, że w każdej wolnej chwili siadałam na dwie, trzy godziny i nagrywałam audiobooki. W dzień siadałam nagrywać reklamy. Dzieci wtedy albo akurat miały drzemkę, albo nagrywałam między ich „mamo, mamo”. I żeby było jasne, odczuwam ogromną wdzięczność, że mam taką pracę, która pozwala mi się realizować oraz zarabiać na życie, a jednocześnie mieć wystarczająco czasu, by zaopiekować się moimi dziećmi.
Nadal nagrywasz w domu? Z jednej strony super, ale z drugiej strony brzmi jak praca ponad normę.
Nie ukrywam, że byłam wykończona. Po trzech latach nocnych nagrań podjęłam decyzję, że już dość. Zrobiłam to absolutnie dla siebie, dla higieny pracy. Teraz, jeżeli nagrywam audiobooki to w studiu zewnętrznym. Jeżeli zdarzy mi się coś nagrać w domu to krótsze formy – reklamy, castingi, ale to też już rzadkość. Wolę wyjść do ludzi. Miałam też to szczęście, że gdy podjęłam tę decyzję, to wtedy także zaczęłam grać na planach dwóch seriali. Też ciężko, ale to był oddech, którego potrzebowałam.
Czy ogólnie boisz się zmian?
Ciekawe pytanie…. Powiem tak, jestem trochę takim liskiem z Małego Księcia. Bardzo szybko przyzwyczajam się, przywiązuję, ale życie nauczyło mnie, że nie ma stałych. Jedyną stałą rzeczą w życiu jest zmiana. Moje życie toczyło się w tak różnych miejscach na świecie, nawet w innych zawodach. Mam takie przeświadczenie i jednocześnie taki spokój, że niezależnie od tego, co się wydarzy, ja po prostu zaadaptuję się do sytuacji. Nie boję się zmian, a nawet je na swój sposób lubię. Dają mi po pewnym czasie dodatkową siłę.
Czy warto coś zmieniać, gdy jest dobrze?
Gdy jest nam dobrze, możemy być pewni, że i tak przyjdzie zmiana. Taka jest kolej rzeczy. Pytanie, jak my do tych kolejnych zmian będziemy podchodzić. Wydaje nam się, że u sąsiada trawa jest zieleńsza, a tak naprawdę każdy ma swoją historię i każdy z nas ma coś, z czym się właśnie mierzy w życiu. Warto o tym pamiętać, a samemu skupiać się na tym, co dobre, nawet gdy jest trudno.



Anna Kerth – wywiad
Jak masz teraz, dobrze?
Mam dobrze i trudno. Tak, jak wszyscy.
Jest coś, co chciałabyś zmienić?
Mam wrażenie, że ostatnio jestem w ciągłej zmianie. Dlatego poza rozwojem osobistym, nie dążę specjalnie do dużych zmian życiowych, one same przychodzą. Chcę na pewno być więcej na planach filmowych i marzy mi się znowu więcej bezpośredniej pracy z ludźmi w tematach rozwojowych.
Gdy spotkałyśmy się po raz pierwszy kilkanaście lat temu, rozwijałaś swoją autorską metodę Warm Up. Rozmawiałyśmy o początkach, ćwiczeniach i samoświadomości. Prowadziłaś również sesje coachingowe. Jestem ciekawa, co dalej zadziało się z tym projektem?
Prowadziłam warsztaty Warm up i coaching indywidualny do urodzenia drugiego dziecka. Wyznaję taką zasadę, że jeżeli prowadzę sesję coachingową to dzielę się swoją nadwyżką energetyczną, nadwyżką uważności. Gdy zostałam z dwójką dzieci w domu zabrakło tej nadwyżki, często nawet dla siebie jej nie miałam. Priorytety były proste. Najpierw mój pierwszy zawód i dom, potem dodatki. Wtedy bardzo świadomie wycofałam się z tego.
Energetycznie dużo Cię to kosztowało?
Tak, plus wtedy zaczęła się pandemia. Na samym początku jeszcze prowadziłam na Instagramie live’y. Moje storisy i posty zawierały dużo praktycznych sposobów na pracę ze sobą, ale w pewnym momencie poczułam wysycenie rynku. Miałam też parę razy wrażenie, że mój pomysł stał się inspiracją do tworzenia czegoś nad wyraz podobnego.
I co z tym zrobiłaś?
Nic nie zrobiłam, zaprzestawałam swoich działań.
Czy to dobrze, że odpuściłaś?
Dzisiaj zadaję sobie to pytanie. Wtedy płomień motywacji zgasł. W czasie pandemii wszyscy zaczęli zastanawiać się jak regulować emocje, stało się to bardzo popularne. Każdy sięgał po te same narzędzia. Zobaczyłam, że nawet osoby z mojego zawodu, które nie ukończyły żadnego kursu czy dodatkowych studiów nazywają siebie coachami. Dodatkowo coaching w tamtym czasie zaczął zyskiwać złą renomę. Nie chciałam się z tego ani tłumaczyć, ani się z tym mieszać.
A teraz?
Coś woła. Natury nie oszukasz. Tak samo jak kocham grać i potrzebuję grania w swoim życiu, podobnie mam z coachingiem. Noszę w sobie potrzebę dzielenia się z innymi tym, co potrafię – umiejętnością zadawania pytań, łączenia kropek, łapania perspektywy, poszerzania samoświadomości. Wypracowałam własne sposoby, mam je ponazywane od 12 lat. Warm Up to moja praktyka konkretnych ćwiczeń i sekwencji od ponad 20 lat. To coś jest moje, unikatowe. Teraz zaczynam mieć ten rodzaj nadwyżki energetycznej.
W jednym z postów napisałaś „w tym zawodzie ważne jest, żeby wiedzieć kim się jest i gdzie jest jego „baza”. Zatem jaka jest „baza” Anny poza kamerami, mikrofonami, sesjami?
Przez całe swoje życie dążyłam do tego, żeby mieć dwie jakości jednocześnie otwartą głowę i silnie stojące na ziemi stopy, na warsztatach zawsze przyrównuję ten stan do bycia jak drzewo, które ma piękną koronę i bardzo silne korzenie. Bardzo dawno temu odkryłam, że potrzebuję znać siebie, żeby wiedzieć jakie zmiany powoduje we mnie temat, którym się zajmuję. Wykształciłam w sobie pewne rytuały, które pomagały i nadal pomagają w bezpiecznym wchodzeniu w rolę i jej świat oraz w powrocie do „normalności”. Aktualnie bardzo silną bazą jest moja rodzina. Zresztą od dawna mam wrażenie, że życie o mnie dba i w odpowiednim momencie daje mi zadania do ogarnięcia, żebym mocno stąpała po ziemi. Znajomość własnego ciała i psychiki z kolei pozwala wychwycić moment, gdy za dużo jest tej przyziemności. Do tego stopnia się to zmienia, że nie rozpoznaję siebie w lusterku aparatu. Wtedy wiem, że czas zadbać o siebie. Zaczynam zapisywać myśli, pomysły, puszczam swoją muzę, tworzę swoje własne projekty, jeśli to konieczne.
Artystyczna dusza….
Potrzebuję tego do życia jak tlen. Tylko jedna rzecz pozwala mi zahukać potrzebę tworzenia. Podróżowanie. Bycie w drodze fizycznie koi brak bycia w drodze duchowo. Choć w sumie w podróży sporo dostaje i dusza 🙂




Anna Kerth – wywiad
I tak dużo robisz. Przejdę do tematu pracy głosem. Czytasz audiobooki, które dotyczą prawdziwych i bardzo trudnych historii kobiet. Na przykład takie pozycje: „Też tak mam” oraz „Co chcesz powiedzieć światu”.
I teraz jeszcze wyszła trzecia „Siostry w bólu”, historie kobiet z endometriozą. Bardzo mocna pozycja.
Na ile procent musisz wczuwać się w historie tych kobiet?
Nawet nie muszę się wczuwać. Jestem kobietą i nie ma siły – odczuwam wszystko swoimi wnętrznościami. Jak czytałam „Siostry w bólu” to cierpiałam razem z nimi. Czułam ten ból. Byłam przerażona tym, na jakim etapie jesteśmy, jeśli chodzi o świadomość, diagnostykę, medycynę, dofinansowanie do konkretnych zabiegów. Jest jeszcze tyle do zrobienia w tym temacie. I to jest bardzo ważne, żeby poprzez takie historie uświadamiać kobietom, ale i mężczyznom, że jest to autentyczny problem.
Czy po takich mocnych historiach możesz spokojnie zasnąć?
Nie, bo historie tych kobiet żywo mnie dotykają. Dużo łatwiej jest wrócić z planu, gdzie inaczej się ubieram, maluję. Gdy zmywam makijaż automatycznie zrzucam to z siebie, i wtedy wiem, że jest to przysłowiowe zamknięte pudełko. A tutaj na przykład „Siostry w bólu” były ze mną jeszcze przez dwa, trzy tygodnie. Były mocne. Jeżeli książka ma 10 godzin gotowego materiału do wysłuchania, to ja przynajmniej 20 godzin spędzam w studiu nagrywając.
Czy zdarzyło Ci się płakać czytając kobiece historie?
Tak. Niekoniecznie przy „Siostrach…” ale tak. Na pewno łykałam łzy czytając „Też tak mam”, ale też przy wielu beletrystycznych historiach. Wierzę w to, że nie ma w życiu przypadków. Każdy audiobook przychodzi do mnie dokładnie w tym momencie, w którym powinien. Zdarza się, że akcja książki idealnie pasuje do mojego momentu życia i nie ważne, czy to są pozycje dokumentalne czy beletrystyczne. Historia potrafi być mi na tyle bliska, że przypomina mi, że mam coś do przerobienia z przeszłości.
Jak było w przypadku audiobooka „Też tak mam”? To kolejne mocne historie kobiet.
Ta pozycja trafiła do mnie, gdy ja sama byłam bardzo zmęczoną mamą małych dzieci. Pracowałam po nocach i byłam przerażona tym, co się działo, a był środek pandemii. To był dla mnie bardzo ważny audiobook. W części historii znajdowałam siebie, odbijałam się w nich, a część z nich uświadamiała mi, gdzie powinnam przyłożyć lupę i spojrzeć dokładniej na swoje macierzyństwo, czy czegoś nie przegapiłam. Audiobook został bardzo pozytywnie przyjęty, otrzymał nagrodę – II miejsce w konkursie Best Audio Empik Go. Myślę, że ta nagroda, jest też dużą zasługą autorki książki Magdy Kostyszyn, która nagłaśniała temat, zachęcała do wysłuchania książki i głosowania. Mam świadomość, że rozpowszechnianie informacji zrobiło robotę.
Przeczytałaś także książkę Martyny Wojciechowskiej „Co chcesz powiedzieć światu”. To również bardzo mocne i trudne losy kobiet. Mam trochę przewrotne pytanie, co „Ty chcesz powiedzieć światu?”
Och, czasem mam takie monologi wewnętrzne do świata, a potem …a potem marzę o projekcie przez, który będę mogła to wszystko wypowiedzieć. Jak ważne są relacje, samoświadomość, słuchanie wzajemne, życzliwość. Ot, takie wydaje mi się, oczywiste sprawy.
Czy można powiedzieć, że jesteś lektorką specjalistką od czytania historii złożonych kobiet?
Kto wie… ☺, rzeczywiście tak się składa, że dostaję mocne audiobooki. Czy chciałabym być rozpoznawalnym głosem trudnych historii kobiet? Mogłabym 🙂 Miło, że tak to postrzegasz, bo faktycznie coś w tym jest. Cieszę się, że wybierają mnie wydawcy do takich książęk. Gdzieś głęboko na dnie serca czuję, że rozumiem te kobiety z trudnymi historiami.
Czy uważasz, że takie mocne historie mają większą moc, niż te lekkie, przyjemne? Pytam, ponieważ pod audiobookiem „Też tak mam” widnieją komentarze typu: jest depresyjny, po co się dołować.
Uważam, że mocne tematy są bardzo ważne dla poszerzania naszej świadomości. Kobiety potrzebują czasami usłyszeć, nawet nie całą książkę, ale chociaż jedną historię, z którą mogłyby się utożsamić. W równym stopniu potrzebujemy też lekkich fabuł, beletrystycznych, które nas roztkliwią lub rozśmieszą. Czasami chcemy zanurzyć się w nieswoim życiu. Dlatego nie uważam, żeby te trudne miały większą moc. Niejednokrotnie sama po tych ciężkich historiach, myślę sobie, niech mi się trafi taki audiobook, który zaniesie mnie w lekkie życie. I rzeczywiście później trafia mi się na przykład taka „Córka Argentyny”.


Anna Kerth – wywiad
Jeżeli czytasz głosem działa wyobraźnia…
I to jest wspaniałe. W trakcie czytania książki nie gram tylko jednej postaci, aktorstwo jest tutaj mocno zróżnicowane. Różne są sposoby czytania, ja nie zmieniam bardzo głosu, ale staram się, żeby każda postać miała swój charakter. Jak już zacznę czytać to dążę do utrzymania wrażliwości , rysu postaci przez całą historię.
Czy zdarzyło Ci się kiedyś podjąć złą decyzję zawodową?
I to ileż! Nie ukrywam, że w moim życiu do pewnego momentu bywały decyzje podejmowane w wyniku nacisków, wymuszane na mnie przez osoby postronne. Te decyzje dotyczyły głównie rezygnacji z pewnych działań zawodowych. Myślę, że z konsekwencjami mierzę się po dziś dzień, ale nie wchodźmy w szczegóły.
Dzisiaj podjęłabyś inną decyzję? Wszystko mogłoby wyglądać inaczej?
Nie wiem jak potoczyłoby się moje życie. Może i tak bym to odchorowała, tylko w inny sposób. Mam w głowie takie dwa projekty, które mogłyby inaczej się zakończyć. Z jednej strony mówię o tych naciskach, ale z drugiej strony przecież nie mam do nikogo pretensji. Koniec końców to ja podjęłam decyzję. Ale z kolei tamte zaważyły na innej, która wynikała z mojego uporu. Nie słuchałam porad innych osób, bo chciałam tym razem postąpić inaczej. Przewrotność losu. Nie byłam w kontakcie ze sobą. Tylko miałam jakiś wewnętrzny przymus, taki imperatyw, może jakąś dumę. Tym razem też nie było happy endu. Wszystkie decyzje, które były w zgodzie ze mną zawsze były dobre.
Dzisiaj odczuwasz jakąkolwiek presję lub oczekiwania?
Największą presję wywieram na siebie sama. A ta zewnętrzna? Wydaje mi się, że ludzie, którzy widzą mnie przez pryzmat, tego, że jestem aktorką, oczekują, że będę jakoś żyła, jakoś się zachowywała i wyglądała ☺ Ale moja hierarchia wartości daje mi duży bufor na tego typu oczekiwania.
Życie zaczyna się po 20-stce, 30-stce, czy 40-stce? Które określenie pasuje do Ciebie najbardziej?
W każdej dekadzie żyłam na maksa i nie zamierzam zwalniać.



